Pozwólcie, że zacznę od tego – kocham swoją rodzinę. Mój mąż to moja ostoja. Jesteśmy razem prawie 20 lat i każdego dnia jestem wdzięczna za życie, które wspólnie stworzyliśmy. A moich pięciu synów? To cały mój świat. W domu aż kipi od energii (i testosteronu!), ale nie zamieniłabym tego chaosu na nic innego.
Żeby jednak nie było zbyt cukierkowo – powiem wprost. Moi chłopcy (nie licząc męża!) mają od 9 do 20 lat. Są głośni, robią bałagan i ciągle gdzieś biegają. Ja i mąż pracujemy na pełen etat, więc kiedy po godzinie 18 wszyscy naraz wpadają do domu, wygląda to jak małe tornado.
Mąż jest złotym człowiekiem – naprawia, robi zakupy, a nawet często gotuje obiady. Ale jeśli chodzi o utrzymanie porządku w domu? To już moje pole walki. Mam to rozpisane jak plan bitwy: chłopcy zbierają swoje rzeczy, przecierają blaty, ogarniają naczynia, odkurzają i myją podłogi, czyszczą łazienkowe umywalki i prysznic… a na końcu zostaje najgorsze starcie: toaleta.
Nienawidzę szorować muszli klozetowej. Zawsze tak było. Klęczenie, wdychanie zapachu wybielacza, szczotkowanie pod rantem przy jednoczesnym powstrzymywaniu odruchu wymiotnego – koszmar. Raz nawet pochyliłam się za bardzo i końcówki włosów wpadły mi do wody w toalecie. Rozpłakałam się. To było naprawdę poniżające.
Na co dzień da się to jeszcze jakoś przeżyć – obrzydliwe, ale do ogarnięcia. Jednak parę miesięcy temu wydarzyło się coś, co przelało czarę goryczy.
Musiałam wyjechać służbowo do Warszawy. Zwykle nie ma mnie najwyżej 2–3 dni, ale tym razem było inaczej – pełne dwa tygodnie poza domem. Najdłużej, odkąd pamiętam, zostawiłam chłopaków samych. Mąż zarzekał się, że sobie poradzi. I w sumie – dzieci przeżyły. Ale dom?
Nie do końca.
Kiedy wróciłam, weszłam w istną strefę katastrofy. Ubrania i zabawki porozrzucane wszędzie, góra naczyń w zlewie, a zapach… poczułam go, zanim jeszcze zdjęłam buty. Mąż przytulił mnie, jakby wrócił z frontu. „Dzięki Bogu, że jesteś.”
No to zrobiłam to, co zwykle – zakasałam rękawy i zaczęłam ogarniać. Bałagan? Zebrany. Naczynia? Umyte. Pranie? Zrobione i poskładane. Ale potem… weszłam do łazienki chłopców.
I zamarłam.
Nic nie mogło mnie przygotować na to, co zobaczyłam w toalecie. Jak scena z horroru – brązowe zacieki, zakrzepłe pierścienie, jakieś podejrzane plamy, których nawet nie umiałam nazwać. W tym momencie prawie się poddałam. Serio miałam ochotę wyjść i już nie wracać.
Spojrzałam do środka… i prawie zwymiotowałam.
Cała muszla była oblepiona warstwą brudu i osadu tak grubą, że nie byłam pewna, czy pod spodem wciąż jest biała ceramika. To wyglądało jak dwutygodniowy eksperyment nastolatków. Powiedziałam na głos: „Nie ma szans, żebym to ruszyła. Musiałabym szorować pół godziny.”
Czy oni w ogóle spuszczali wodę, kiedy mnie nie było?
Po kilku głębokich oddechach zrobiłam zdjęcie i wysłałam je do mojej przyjaciółki Magdy z wiadomością: „Zobacz, co się dzieje, jak znikam na dwa tygodnie. Nie wiem nawet, od czego zacząć – to jest obrzydliwe.”
Odpisała: „Nie szoruj tego.”
Zamrugałam. Nie szorować? Czy ona widziała to samo, co ja?
Napisałam: „Jeśli ja tego nie wyszoruję, to nikt tego nie zrobi. To wymaga myjki ciśnieniowej.”
Wtedy odpisała: „Serio. Robisz to najtrudniej jak się da. Ja używam środka do toalety bez szorowania. Wpadnij do mnie, dam ci trochę.”
Więc pojechałam. Po krótkiej pogawędce i narzekaniu na chłopaków, którzy nie spuszczają wody, wręczyła mi zwykły woreczek i powiedziała: „To się nazywa Pianka Almira. Wsypujesz jedną miarkę do muszli, zostawiasz, a potem spłukujesz. I tyle. Sama zobaczysz.”
Szczerze? Nie wierzyłam jej.
Próbowałam już wszystkiego – żeli, sprayów, niebieskich kostek, czego tylko. Nic nie działało bez szorowania. Ale Magda zarzekała się, że to działa, a mnie nic to nie kosztowało, więc pomyślałam… czemu nie?
To, co wydarzyło się później, całkowicie zmieniło mój sposób sprzątania domu.